Szia kręci głową

Widok z wieży twierdzy Beaufort

Siedzący obok facet ewidentnie mi się przyglądał. Widać to było tak wyraźnie, mimo że chciał to przyglądanie się ukryć i nawet mimo potężnego zeza. Przyglądał się tym intensywniej, że niewielu obcokrajowców można pewnie spotkać tuż przed świtem na obrzeżach Nabatiji, przy przenośnym sklepiku z kawą. W innym kraju zezowaty pewnie zapytałby, skąd jestem i jak mi się tu podoba, ale w Libanie kolejne wojny nauczyły ludzi podejrzliwości.

„Aha, pewnie za chwilę powie, że jest z Hezbollahu i każe pokazać paszport” – pomyślałem, przypomniawszy sobie podobne zdarzenie z poprzedniego dnia. Ale zezowaty wkrótce wstał i poszedł w swoją stronę – „hm, a jednak nie”.

Wypiłem kawę, podałem sprzedawcy tysiącfuntówkę, zarzuciłem plecak i ruszyłem w dalszą drogę. Nie zdążyłem zrobić pięciuset metrów, kiedy z naprzeciwka nadjechały dwa auta i na mój widok zatrzymały się: jedno po lewej, drugie po prawej stronie jezdni. Z pierwszego samochodu wysiadł zezowaty i pokazując mnie palcem, zaczął mówić po arabsku do faceta, który wysiadał z drugiego auta. Już wiedziałem, co zaraz usłyszę:

Hello, we’re from Hezbollah. Can I see your passport?

Byłem już drugi dzień na terenach zamieszkałych przez szyitów, więc rozumiałem, że protesty niewiele dadzą. Podałem paszport temu mówiącemu po angielsku.

— Hm, jesteś z Polski? Zaczekaj chwilę — facet wyciągnął komórkę, odpalił WhatsAppa i wybrał kogoś z listy kontaktów. Chwilę nasłuchiwał sygnału, potem powiedział parę zdań po arabsku i w końcu oddał mi słuchawkę. Po drugiej stronie usłyszałem… gościa mówiącego po polsku.

— Proszę się nie martwić, wszystko jest w porządku. Musi pan zrozumieć, że tu ludzie są trochę nieufni. Ale może pan jechać dalej, do twierdzy w Arnoun, prawda? No, to miłego dnia.

Angielskojęzyczny oddał mi paszport i zaproponował, że podwiezie mnie pod twierdzę. Była to z jego strony duża uprzejmość, bo położony na obrzeżach wioski Arnoun zamek Beaufort znajduje się na naprawdę stromej górze. Podchodzenie tam na piechotę z plecakiem to coś, czego warto unikać.

Twierdza Beaufort

Beaufort wybudowali krzyżowcy już w XII wieku, jednak zamek służył celom militarnym jeszcze pod koniec XX wieku! Ze świetnie położonej twierdzy widać bowiem wszystko w promieniu wielu kilometrów, w tym cele po izraelskiej stronie granicy. W 1976 roku Palestyńscy uchodźcy z OWP założyli tutaj obóz wojskowy, z którego organizowali ataki na Izrael. Dopiero sześć lat później, w ramach akcji „Pokój dla Galilei”, kontrolę nad zamkiem przejął Cahal.

Choć celem „Pokoju dla Galilei” było zapewnienie, cóż, pokoju dla Galilei, to skutek był dokładnie odwrotny. Co prawda usunięto z Libanu OWP, ale jego miejsce zajął kto wie, czy nie jeszcze groźniejszy przeciwnik: Hezbollah. „Partia Boga”, bo to po arabsku oznacza nazwa organizacji, tworzyła się stopniowo jako mieszanka wielu mniejszych organizacji szyickich i w końcu wyrosła na głównego rywala mniej radykalnego Amalu.

Szyici, zamieszkujący biedne południe i politycznie zmarginalizowani w oligarchicznym Libanie, początkowo grali drugorzędną rolę w wojnie domowej. Jednak kiedy Izrael zajął zamieszkałe przez nich tereny i zorganizował tam „strefę bezpieczeństwa”, wszystko się zmieniło. Szyici mieli powoli dość brutalnej polityki izraelskiej armii oraz samowoli jej sojuszników z Armii Południowego Libanu, samozwańczej milicji dowodzonej przez majora Saada Haddada.

Do tego wszystkiego doszło wsparcie ze strony Islamskiej Republiki Iranu. Przed rewolucją 1979 roku Teheran był jednym z filarów „doktryny peryferii”: izraelskiej polityki opierania się na niearbaskich państwach muzułmańskich (czyli głównie Turcji i Iranie) jako na przeciwwadze dla twardo antyizraelskiej postawy Arabów. Teheran, choć głosował przeciw planowi podziału Palestyny na dwa państwa, w 1950 roku de facto uznał istnienie Izraela, jako druga po Ankarze muzułmańska stolica. Obalenie szacha wszystko zmieniło, Iran pod wodzą ajatollacha Chomeiniego zaczął prowadzić politykę antyzachodnią oraz antysyjonistyczną. Dziś Persowie nie dość, że nie uznają istnienia Izraela jako państwa, ale też nie wpuszczają na swój teren nikogo, u kogo w paszporcie znajduje się choćby ślad pobytu na „okupowanych terytoriach palestyńskich”.

Żołnierze Hezbollahu (fot. Times of Israel)

Za początki Hezbollahu, jeszcze zanim zaczął używać tej nazwy, można uznać kolejne ataki bombowe zaraz po izraelskiej inwazji z 1982 roku. 15 grudnia 1981 roku: atak na bejrucką ambasadę Iraku, 61 zabitych, w tym sam ambasador. 11 listopada 1982: ponad stu zabitych, w tym 77 izraelskich żołnierzy, podczas ataku na kwaterę główną Sił Obrony Izraela w Tyrze. 18 kwietnia 1983: 63 zabitych, z czego 17 Amerykanów, w ataku na ambasadę USA w Bejrucie. 23 października 1983: symultaniczny atak na bejruckie koszary wojsk amerykańskich i francuskich, ginie 241 Amerykanów, 58 Francuzów i sześciu cywili. 4 listopada 1983: znowu kwatera w Tyrze, ginie 28 Izraelczyków i 32 libańskich więźniów, kwatera służyła też bowiem za nielegalne „więzienie” dla przeciwników okupanta.

Do tych liczb należy za każdym razem dopisać jeszcze jednego zabitego. Wszystkie te zamachy były bowiem atakami samobójczymi. Dziś, po 11 września, po atakach z Paryża, Brukseli czy Madrytu, takie wydarzenia nam spowszedniały, wtedy były jednak nowością. To szyici, wychowani na historii bitwy pod Karbalą i męczeństwa Husajna ibn Aliego, zrobili z samobójczych ataków nowoczesną broń polityczną.

Portret Husajna ibn Aliego w szyickim meczecie w Baalbek

Kolejną bronią były porwania. Między 1982 a 1992 rokiem w Libanie szyickie grupy posługujące się różnymi nazwami porwały w sumie 104 osoby: duchownych, dziennikarzy, dyplomatów, żołnierzy czy agentów służb specjalnych.

Wśród żądań porywaczy było między innymi uwolnienie siedemnastu szyitów przetrzymywanych w kuwejckim więzieniu za zorganizowanie w tym kraju zamachu z 12 grudnia 1983 roku. Paradoksalnie, problem „kuwejckiej siedemnastki” rozwiązał jeden z najpotężniejszych wrogów szyitów, czyli Saddam Husajn. Siedemnastu terrorystów uciekło z więzienia podczas rozgardiaszu, jaki nastąpił po irackiej inwazji na Kuwejt.

Amerykański dziennikarz Terry Anderson uwolniony po prawie siedmiu latach w niewoli (fot. CNN)

Rok wcześniej podpisano porozumienie z Taif, które przynajmniej formalnie kończyło libańską wojnę domową. Syria, wspierająca Hezbollah, wyszła z niej jako główny zwycięzca, przejmując kontrolę nad prawie całym terytorium Libanu, poza południem, które pozostało w rękach Izraela. Damaszkowi zależało na uspokojeniu sytuacji, podobnie jak Iranowi, który właśnie wylizywał się z ran po ośmiu latach wojny z Irakiem.

Pod naciskiem sojuszników, Hezbollah musiał zaprzestać porwań i ograniczyć ataki. W zamian za to udało się mu, jako jedynej z libańskich milicji, nie być obiektem powojennego rozbrojenia. Maroniccy falangiści, druzowie Dżumblatta, sunnici, Amal: wszyscy z mniejszymi lub większymi oporami zdali broń i oddali bejruckiemu rządowi władzę nad kontrolowanymi przez siebie terytoriami. Wszyscy poza Hezbollahem.

Broń przydała się Hezbollahowi w walce z Izraelem, który mimo formalnego zakończenia libańskiej wojny domowej, nadal okupował południe kraju, traktując je jako „strefę bezpieczeństwa” dla miejscowości położonych w Galilei. Mimo przewagi wojsk Izraela, Hezbollah potrafił uprzykrzać życie izraelskim żołnierzom na tyle dotkliwie, ustalać polityczne koszty okupacji tak wysoko, aż wreszcie w 1999 roku lider izraelskiej Partii Pracy, Ehud Barak mógł wygrać wybory pod hasłem wycofania się z Libanu. Rok później Cahal opuścił zamek Beaufort, opuścił będący świadkiem dwóch zamachów Tyr, opuścił cały południowy Liban1.

Próżnię po izraelskiej armii wypełnił Hezbollah. Przedstawiając się jako liderzy oporu przeciw okupantowi (ale tylko żydowskiemu, Syryjczycy kontrolujący większość kraju im nie przeszkadzali), nierozbrojeni, stworzyli na południu państwo w państwie. Chociaż oficjalnie uznają zwierzchność Bejrutu, to nadal czują się uprawnieni do sprawdzania ludzi wałęsających się po „ich” ziemi. Organizują szkoły, służbę zdrowia i inne usługi socjalne, których nie potrafi zapewnić państwo. Z konglomeratu kilku małych szyickich bojówek, stali się największą siłą polityczną kraju.

„Kiedy wkraczaliśmy do Libanu, nie było Hezbollahu. Szyici z południa obsypywali nas perfumowanym ryżem i kwiatami. To nasza obecność w Libanie stworzyła Hezbollah” — ten cytat z Baraka wita turystów, którzy odwiedzają Turystyczną Pamiętkę Oporu w Mleecie. Wzgórze wznoszące się nad wioską o tej nazwie było w czasie walk jednym z głównych punktów oporu dla żołnierzy Hezbollahu. Tuż obok znajdowała się baza izraelska — O tam, gdzie stoją anteny — Ali, mój przewodnik pokazuje palcem wzgórze położone parę kilometrów dalej.

Mleeta

— Uhu, widzę, że jesteś silnym mężczyzną — skomentował mój uścisk dłoni. Turystów oprowadzać może po angielsku, arabsku i w farsi, bo jego ojciec pochodzi z Iranu, był pewnie jednym z „instruktorów” wysłanych tu z Teheranu.

— Kolega obok zna też francuski i hiszpański. Ale straszny z niego mruk, sam zobaczysz — mówi mi Ali, bo już ustaliliśmy, że po wizycie w muzeum romańskojęzyczny kolega odwiezie mnie do Nabatiji. Do tej pory nie wiem, o co chodziło, bo ja tej mrukliwości nie zauważyłem. Może zaważył fakt, że byliśmy akurat w samym centrum kryzysu związanego z nowelizacją ustawy o IPN i że miałem wtedy sporo złego do powiedzenia o Netanjahu i jego polityce.

— Widzisz? Teraz widzicie, jacy oni są. My to wiemy od dawna.

Hezbollah najwidoczniej odrobił lekcję z pijaru. Wielojęzyczni przewodnicy, świetnie zaopatrzony sklepik z pamiątkami, samo muzeum, w którym można między innymi pochodzić tunelami, które służyły jako kryjówki dla walczących. W planach jest wybudowanie dookoła basenów, spa, hoteli i kempingów. Organizatorzy mówią, że ich celem jest to, by mieszkańcy południowego Libanu, w latach okupacji pozbawieni takich atrakcji, mogli przyjeżdżać tu na wakacje.

Mleeta jest więc elementem „polityki społecznej” Hezbollahu, ale też i jego „polityki zagranicznej”. Wygadani i dyplomatyczni przewodnicy niby ostrożnie, ale zdecydowanie przedstawiają swój punkt widzenia na sprawy międzynarodowe. Bo Hezbollah nie skupia się tylko na Libanie. Wraz z Teheranem, zdominanym przez szyitów rządem w Bagdadzie, Baszarem al-Assadem i jemeńskimi bojownikami z ruchu Huti, tworzy Oś Oporu. Oporu przed USA, Izraelem i Arabią Saudyjską.

Bojownicy Hezbollahu są jednym z głównych filarów, na których opiera się obecnie reżim Assada. Nieoficjalnie jego instruktorzy szkolą również szyickich bojowników w Jemenie, kolejnym teatrze walk o wpływy między Teheranem a Rijadem. Znowu okazuje się, że Libańczycy są wszędzie.

1 Z pominięciem Farm Sheeba, które Izrael uważa za część Syrii i które okupuje wraz z Wzgórzami Golan. Wróć.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Polityka i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s