Chłopaki z baraków

W drodze z Atyrau do Aktobe

Musiałem sporo się nagadać, żeby Murad w końcu zrozumiał, co to autostop. Zaraz po tym stanowczo stwierdził, że w Kazachstanie nie uda mi się podróżować w ten sposób i że tutaj nikt tak nie robi. Chociaż może uda mi się trafić na kogoś, kto jednak się zatrzyma – Pięć palców niejednakowych – zakończył filozoficznie, chcąc w ten sposób powiedzieć, że różni ludzie są na tym świecie.

Ostatni miesiąc spędziłem w Rosji, więc kazachski akcent mojego rozmówcy trochę mnie bawił, podobnie jak wtrącane co drugie słowo „karoczie” („krótko mówiąc”). Karoczie, Murat pochodził z wioski położonej blisko (ledwie dwieście kilometrów) od Atyrau. Karoczie, nocował w hotelu koło atyrauskiego dworca, bo, karoczie, następnego dnia ruszał w kilkunastogodzinną podróż autobusem. Jechał do pracy przy wydobyciu ropy, karoczie, gdzieś po środku stepu. Karoczie, zaprosił mnie do stolika, kiedy przyszedłem wypić piwo i zaczekać, aż zwolni się łóżko w dworcowych kamnatach otdycha. Kiedy dowiedział się, że  chcę dostać się z Atyrau do Aktobe, stanowczo zalecił, żeby pod żadnym pozorem nie jechać najkrótszą drogą. Nawierzchnia jest tam bowiem tak słaba, że nikt tamtędy nie jeździ; wszyscy wolą jechać naokoło przez Uralsk, nawet jeśli nadrabiają w ten sposób czterysta kilometrów.

Nie posłuchałem.

Trasa, którą wybrałem okazała się być prawdziwą pułapką dla ludzi, którzy wierzą raczej mapom, niż miejscowym. Przede wszystkim dlatego, że zaczęła się wyjątkowo dobrze. Pierwsze sto kilometrów, tak do Makatu, jest bowiem jak na Kazachstan świetne. Wybudowali je Włosi, by móc dostać się do pobudowanych tu szybów naftowych. Dopiero kiedy człowiek już przejechał te sto kilometrów i żal mu się wracać do Atyrau, pułapka zamyka się. Asfalt po prostu znika. Był i go nie ma.

Ale będzie. Nadzieję przynosi obserwacja, że jedyne maszyny, jakie tu jeżdżą, to ciężarówki pracujące przy budowie drogi. Ale to kiedyś, może już nawet dziś, w 2019 roku?

Na razie jest tu 2016 rok i „sama chujowaja daroga”. Tak określił ją kierowca białej (innych chyba nie ma) łady niwy, Nurhan. Zatrzymał się, kiedy już zaczynałem tracić nadzieję, po dwóch godzinach marszu w temperaturze 40 stopni, bez choć jednego miejsca, gdzie znaleźć można cień, za to z wszechobecnym piachem dookoła. Zanim dojechaliśmy do Sagizu, zrobiło się już ciemno. Nic dziwnego, bo większość czasu jechaliśmy ścieżkami wytartymi w stepie przez kierowców, prawie jak z rajdu Paryż-Dakar. Do tego co chwila musieliśmy stawać, bo w niwie zagrzały się hamulce i trzeba je było polewać wodą, żeby puściły koło.

Nurhan

Tę noc spędziłem pod gwiazdami i nie mogłem trafić lepiej. W okolicy prawie nie było sztucznego światła, do tego niebo było bezchmurne, a na dodatek był nów. Na tak czystym niebie gwiazdy to nie punkty, ale cała świecąca pajęczyna. Z każdą chwilą mój wzrok przyzwyczajał się do ciemności i zauważałem kolejne gwiazdy. W końcu zrozumiałem, dlaczego ktoś chciałby zostać astronomem.

Patrząc na to wszystko, aż nie chciało się zasypiać. Nie pomagały też szwendające się swobodnie po okolicy krowy, wbijające się w karimatę badyle i opowieści o wężach czy skorpionach. Bo chociaż uspokajałem się, że wszystkie zmiennocieplne paskudztwa nocą nie łażą nigdzie, tylko zakopują się w ziemi, by nie tracić ciepła, to jednak sama myśl o nich utrudniała zaśnięcie.

W końcu jakoś udało się zasnąć, ale po dwóch-trzech godzinach trzeba było wstać, zebrać swój mandżur i wrócić na drogę. Chciałem być w Aktobe już wczoraj wieczorem, dzisiaj miałem więc ruszyć tak wcześnie, jak się da, by nadrobić stracony dzień.

Ale to nadrabianie szło mi jak krew z nosa. Sagiz znajdował się na granicy oblasti atyrauskiej, od Bajganin, pierwszej większej wsi w oblasti aktiubińskiej dzieliło go sto kilometrów stepu. Wszyscy, którzy jechali do Aktobe, wybierali drogę przez Uralsk. Tutaj musiałem liczyć na kogoś, kto jechał właśnie do Bajganin. A po co ktoś miałby to robić?

Granica Sagiz

No właśnie, po nic. Dlatego, choć ustawiłem się przy głównej trasie, mijały mnie tylko cysterny jadące do położonej kilka kilometrów za wsią kopalni gazu ziemnego. Dopiero po dwóch czy trzech godzinach zatrzymała się pierwsza ciężarówka jadąca gdzieś dalej. Niestety, jak pech to pech, akurat piętnaście minut wcześniej w tym samym miejscu, gdzie czekałem, pojawiły się dwie miejscowe panie. Z uśmiechem wsiadły do ciężarówki, ignorując to, że ja czekałem w tym miejscu już parę godzin.

Na dodatek słońce było coraz wyżej, a w okolicy nie było nic, pod czym można się schować. Żadnego daszku, drzewa. Ot, step. I tory kolejowe tuż obok. Skoro nic nie jedzie, to może spróbować dostać się do Aktobe pociągiem? Po parominutowym spacerze po piachu i podkładach kolejowych dostałem się w końcu na stację. Odczekałem swoje w kolejce i poprosiłem o bilet.

Ale to wszystko nie takie proste. Na stacji połączenia internetowego niet, bilety kasjerka rezerwuje więc telefonicznie. Zanim dodzwoniła się do Atyrau (A może Aktobe? Albo, kto wie, może i samej Astany?), bilet kupił już kto inny. Trzeba było wrócić tam, skąd przyszedłem. Na pociechę kupiłem dużo wody mineralnej i kapelusz. Jak się okazało, strasznie gówniany, bo zrobiony z plastikowej słomy, raczej utrudniał pozbywanie się ciepła, niż chronił przed słońcem.

Wróciłem i czekałem. I czekałem. I czekałem. I czekałem…

I się doczekałem. Po dziewięciu godzinach: auto, które jechało do Bajganin. Na pierwszy rzut oka jechało pełne: czterech facetów i wielkie ilości bagaży. Wejść tam? I to jeszcze z plecakiem? Jasne, że możliwe. Plecak wziął na kolana pasażer z przodu, a ja siadłem na tylnym siedzeniu, samemu nie wierząc w swoje szczęście.

Kazach siedzący obok mnie poczęstował mnie naswojem. To prasowany tytoń, by mocniej kopał doprawiany jakimiś tajemniczymi substancjami, popularny wszędzie od Brześcia po Władywostok. To paskudztwo wkłada się pod język, a po paru minutach wypluwa. Jeśli wyplujesz nieumiejętnie, palić będzie całe gardło. Głowa boli po tym bez względu na biegłość w sztuce plucia. Wiedziałem to już wtedy i nie wiem czemu skorzystałem z propozycji. Może to przez słońce? A może chciałem dać towarzyszom podróży trochę radości, rozbieganymi rękami szukając wody mineralnej, gdy okazało się, że wypluwać naswoju jak nie umiałem, tak nie umiem dalej.

Panowie odwiedzili w Sagiz swoich znajomych i teraz wracali do domu. Choć to tylko sto kilometrów, czekały nas trzy czy cztery godziny jazdy. Co nietypowe dla postsowietów, którzy zwykle wolą dusić się w upale, niż otworzyć okna, jechaliśmy przy uchylonych szybach. A że nadal jechaliśmy bezdrożami, do samochodu cały czas leciał piach. Kiedy po paru godzinach wysiedliśmy, wyglądałem jak Abel Xavier na Euro 2000. O tak, tylko z zamkniętymi ustami:

Nie przeszkodziło mi to ledwie parę minut później złapać następnego stopa. W Bajganinie ruch był dużo większy. Zatrzymał się stary UAZ. W środku walało się sporo różnorakiego sprzętu, jakieś plastikowe baniaki z benzyną i sterty papierów. Na przedniej kanapie siedziało dwóch facetów. Kierowca był raczej małomówny, ale siedzący po prawej Sasza miał ochotę pogadać

— Z Polski jesteś? A co myślisz o Jaruzelskim? — okazało się, że mój rozmówca myśli o generale bardzo dużo i bardzo dobrze. — I po co obalaliście ten komunizm? Teraz jesteście chłopcami na posyłki dla Amerykanów. A przecież tak dobrze nam było razem. I po co to było psuć?

Próbowałem wytłumaczyć, że do tanga trzeba dwojga i że z naszej perspektywy rosyjska miłość do Polski była, mówiąc delikatnie, toksyczna. Niewiele to chyba zmieniło w światopoglądzie Saszy, ale widząc, że mnie też nie przekona, zszedł na bardziej przyziemne tematy. Okazało się, że panowie pracują przy budowie drogi, na której zakopałem się przez cały ten czas. Właśnie wracali z zakupów w Bajganinie do swojej zbudowanej z metalowych baraków wioski, gdzie mieszkali na czas prac.

— Robi się ciemno. Zostań u nas, wykąpiesz się (najwidoczniej Sasza zauważył moją stylówę a’la Xavier), prześpisz, a jutro jeden z naszych kierowców (Walentij, o którym pisałem tutaj) jedzie do Aktobe, zabierzesz się z nim.

Tak też zrobiłem. Gorący prysznic w jednym z kontenerów był jednym z najprzyjemniejszych w moim życiu, a chociaż w baraku „sypialnym” wentylator chodził tak głośno jak silnik samolotu, to zasnąłem jak dziecko już po paru minutach. No, było w pytę.

I tylko jedno mnie ciekawi: czy chłopaki wybudowały już całą drogę z Atyrau do Aktobe? Jeśli nie, to słuchajcie porad miejscowych. Nawet, jeśli śmiesznie mówią po rosyjsku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s