Antyszwajcaria

Dolina Kadisza

Dzisiejszy Liban to malutkie państewko, powierzchnią ledwie-ledwie przerastające nasze województwo opolskie. Tym bardziej uderza, że prawdziwy, historyczny Liban jest jeszcze mniejszy i ogranicza się do długiego na sto pięćdziesiąt i szerokiego na kilkadziesiąt kilometrów pasma gór Libanu.

To właśnie na tych niedostępnych terenach swoją przystań znalazła największa na Bliskim Wschodzie społeczność chrześcijan, katoliccy maronici, ale także ich sąsiedzi oraz rywale, druzowie. To relacje między tymi dwiema grupami, czasem przyjazne, czasem krwawe, są kołem napędowym historii Libanu i stanowiły przez wieki o wyjątkowości tego górzystego skrawka ziemi.

Dopiero kiedy w wyniku pierwszej wojny światowej upadło Imperium Osmańskie, korzystający z poparcia Francuzów maronici postanowili zrealizować ideę Wielkiego Libanu. Można ich teraz oskarżać o zachłanność, jednak geografia nie pozostawiała im wielkiego wyboru. Państewko składające się tylko z gór Libanu nie miałoby szans na przeżycie: otoczone przez wrogów, rozciągnięte niby Chile, ale takie pozbawione dostępu do morza.

Przyłączono więc do niego pas śródziemnomorskiego wybrzeża z ważnymi portami: Trypolisem, Byblos (po arabsku Dżbejl), Bejrutem, Sydonem (Sajdą) i Tyrem. W ten sposób zapewniono Wielkiemu Libanowi dostęp do światowych rynków i zrobiono z niego arabskie okno na świat: to Liban był centrum bliskowschodniego handlu, a dzięki temu także tamtejszej bankowości. Nazywano go wtedy „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”.

Trypolis: widok z twierdzy Rajmunda z Tuluzy

Żeby wyżywić mieszkańców miast i gór, przyłączono żyzną dolinę Bekaa, położoną między górami Libanu na zachodzie i Antylibanu na wschodzie. Na tym drugim paśmie oparto granicę z Syrią, by zapewnić sobie choć iluzję osłony przed potężnym sąsiadem. Było to o tyle ważne, że Syria długo nie mogła się pogodzić z istnieniem Libanu jako niepodległego państwa. Dość powiedzieć, że choć Bejrut ogłosił pełną niezależność od Francji już w 1943 roku, to Syria uznała jego niepodległość dopiero 65 lat później. Do tego czasu Damaszek oficjalnie traktował Liban jako część Wielkiej Syrii, przez długie lata kontrolował zresztą większość jego terytorium.

Być może maronici musieli ustalić granice Libanu w taki, a nie inny sposób. Jednak skutki były poważne: chrześcijanie, o ile nadal byli większością w takim państwie, to byli nią ledwie o włos. Na przyłączonych terenach większość stanowili bowiem muzułmanie. Jak się potem okazało, dzięki większej dzietności, wkrótce zostali oni większością w całym kraju. Być może przewidując taki tok zdarzeń, maronici postanowili się zabiezpieczyć: chociaż państwo miało być demokracją, jednak najważniejsze pozycje w nim, w tym stanowisko prezydenta, miały być zarezerwowane dla chrześcijan. Również chrześcijanie mieli posiadać w parlamencie większość 6:5 w stosunku do muzułmanów, do których wliczano (czy słusznie, o tym kiedy indziej) również druzów i alawitów.

Mapa podziałów religijnych w Libanie.

Długo jednak nie dało się takiego systemu utrzymać. Chociaż chrześcijanie wzbraniają się przed przeprowadzeniem spisu powszechnego, który mógłby pokazać rzeczywisty skład religijny państwa, to i bez niego widać, że pewne ustępstwa są niezbędne. Dziś stosunek chrześcijan do muzułmanów w parlamencie to pół na pół, premierem jest sunnita, a odpowiednikiem naszego marszałka sejmu szyita. Do tego każda kolejna ordynacja wyborcza, choć oparta na kryterium wyznaniowym, to w swej preambule zawsze wspomina, że ostatecznym celem jest stworzenie prawa wyborczego bez takiego kryterium. Kiedyś, bo przecież nie chodzi o to, by zajączka złapać, a by go gonić.

Z wyznaniową ordynacją wyborczą problemów jest jednak więcej. Po pierwsze: podział na muzułmanów i chrześcijan to jedno, ale podziały wewnątrz tych grup to drugie. U muzułmanów jest jeszcze jako tako: szyici, sunnici, druzowie i dwa miejsca dla alawitów. Ale u chrześcijan grup jest więcej: Ormianie prawosławni i katoliccy, protestanci, melkici (grekokatolicy), prawosławni, maronici, a do tego sześć innych kościołów (katolicy syriaccy, rzymscy i chaldejscy oraz prawosławni syriaccy i koptyjscy), które walczą o jeden mandat dla „mniejszości”. Mandaty wewnątrz dwóch bloków (muzułmańskiego i chrześcijańskiego) mają być rozdzielane „proporcjonalnie”. Jak to zrobić, gdy nie ma aktualne spisu powszechnego? To pierwszy problem.

Drugi jest taki: chociaż kandydaci walczą o miejsce przyznane konkretnemu wyznaniu, to głosują na nich wyznawcy wszystkich religii. W założeniach miało to promować kandydatów umiarkowanych, dążących do zgody między różnymi grupami, możliwych do zaakceptowania dla wyznawców wszystkich religii. W praktyce stworzyło kolejny punkt sporu: wyznaczanie granic okręgów wyborczych i przyznawanie ich konkretnym wyznaniom. Maronicy często skarżą się, że muszą walczyć w okręgach mieszanych, podczas gdy miejsca dla szyitów są przyznawane tam, gdzie stanowią oni większość. W efekcie miejsca dla maronitów zajmują popierani przez muzułmanów kandydaci umiarkowani, podczas gdy szyici sami sobie wybierają członków radykalnego Hezbollahu. Trochę przypomina to casus Željko Komšicia, czyli wybieranego boszniackimi głosami, na złość Chorwatom, chorwackiego członka prezydium Bośni i Hercegowiny.

Wieża zegarowa w Bejrucie

Trzecia sprawa: nawet wewnątrz tych mniejszych grup nadal widać silne podziały, które  mają swoje źródła w rozgrywkach między klanami. Mimo demokratycznego sztafażu, libańska polityka to często stare wojenki między wielkimi rodami. Polityczna pozycja przechodzi z ojca na syna, stąd czytając o historii Libanu co chwila trafiamy na te same nazwiska: Dżemajel, Hariri, Dżumblat. Przedstawiciele tej ostatniej rodziny, kiedyś ojciec Kemal, po jego morderstwie syn Walid, to liderzy druzów. Choć formalnie przewodzą partii socjalistycznej, nie przeszkadzało im to zbierać w swej rezydencji zdobytych podczas walk dzieł sztuki i kosztowności, traktując starożytne fenickie mozaiki jako swoją własność.

Przywódcy klanów szukają wsparcia na zewnątrz. Weźmy dwa wielkie rody maronickie: Dżemajel i Farandżija. Podczas wojny domowej ci pierwsi oparli się na Izrealu, ci drudzy na Syrii. W 1978 roku członkowie rządzonej przez Dżemajelów Falangi wdarli się do rezydencji Farandżijów w Ehdenie i zabili Tony’ego (syna seniora rodu, Sulejmana), a także jego żonę i trzyletnią córeczkę. Przeżył syn Tony’ego, Sulejman junior, dziś lider Marady, jednej z maronickich partii-rywala Falangi.

Zza typowej dla Libanu instalacji z kabli widać Portret Samira Dżadży, w Bsharii, twierdzy Falangi. Do Ehdenu, bastionu Farandżijów jest stąd ledwie kilkanaście kilometrów.

Kiedy polityczny przeciwnik morduje twoją trzyletnią wnuczkę, nie można nie traktować tego osobiście. Dlatego też nie da się zrozumieć libańskiej polityki bez wejścia w psychikę jej uczestników. Jednak nie lada psychologa potrzeba, by wytłumaczyć fenomen generała Aouna. Ten naczelny dowódca libańskiej armii został w 1988 roku mianowany przez prezydenta Amina Dżemajela na premiera kraju. Jako że Aoun jest maronitą, było to złamanie Paktu Narodowego, wedle którego premierem ma być zawsze sunnita. Dlatego odwołany z urzędu Selim Hoss nie uznał decyzji prezydenta i dalej pełnił swoje obowiązki. Liban miał więc dwóch zwalczających się premierów.

W 1989 roku w saudyjskiej Taifie walczące od czternastu lat strony libańskiej wojny domowej doszły w końcu do porozumienia. Jednym z głównych jego architektów był Rafik Hariri. Ten libański biznesmen urodził się w Sydonie, ale od dwudziestego roku życia pracował w Arabii Saudyjskiej, posiadał tamtejsze obywatelstwo oraz właśnie saudyjskim interesom zawdzięczał swoje oszałamiające bogactwo. Parę lata później Hariri miał zostać premierem Libanu, jednak w 1989 roku funkcję tę pełnił generał Aoun, który porozumienie z Taif nazywał zdradą i odmówił jego uznania.

Porozumienie popierały prawie wszystkie siły na Bliskim Wschodzie: Saudyjczycy, Iran, USA, a przede wszystkim Syria, która miała być gwarantem jego wykonania. W praktyce: miała okupać prawie całe terytorium kraju, poza tymi terenami na południu, które kontrolował Izrael. Opuszczony przez wszystkich Aoun sojusznika znalazł w Saddamie Husajnie i z jego pomocą walczył przeciw całemu światu, odgrażając się, że nigdy nie podda Libanu Syrii. Co z tego: wkrótce Saddam niefrasobliwie zajął Kuwejt, czym ściągnął na siebie lawinę, a raczej pustynną burzę. Pozbawiony ostatniego z sojuszników, premier-generał skrył się we francuskiej ambasadzie i wkrótce uzyskał azyl w tym kraju.

Ale to nie koniec jego historii. W 2005 roku premier Hariri został zamordowany w zamachu bombowym koło hotelu George przy nadmorskiej promenadzie w Bejrucie. Było to sygnałem dla potężnych antysyryjskich protestów. Był to czas, gdy niezwykle popularne były rewolucje kolorowe („pomarańczowa” na Ukrainie) czy roślinne („róż” w Gruzji czy „tulipowanowa” w Kirgistanie), protesty w Libanie nazwano więc „cedrową rewolucją”. W jej wyniku z kraju wycofali się Syryjczycy, a nieugięty generał Aoun mógł wrócić do kraju w glorii bohatera, co to się Assadom nie kłaniał.

Pomnik premiera Haririego w miejscu, gdzie zginął w zamachu bombowym

Ale to też nie koniec. Otóż w 2016 roku, po 29 miesiącach przepychanek i wywołanego nimi wyborczego pata, w końcu wybrano prezydenta Libanu. Został nim właśnie generał Aoun. Został nim, co ważne, dzięki poparciu… prosyryjskiego Hezbollahu. Długo myślałem, jaką analogię do polskiej polityki zastosować. Jarosław Kaczyński wybrany głosami PO na premiera piętnaście lat po wyborach w 2007 roku?

Jeśli jednak miałbym w jakiś prosty sposób wytłumaczyć takie aberracje, to byłaby to specyficzna teoria podkowy. Ta klasyczna mówi o tym, że paradoksalnie najbardziej radykalne strony konfliktu mają więcej wspólnego ze swoimi najostrzejszymi przeciwnikami, niż ze swymi umiarkowanymi sojusznikami. Choćby dlatego, że zależy im na kontynuowaniu walki. Skrajna lewica idąc na lewo trafia na miejsce skrajnej prawicy i na odwrót.

W Libanie polityczne rozdrobnienie poszło tak daleko, że w rezultacie podziały przestały mieć znaczenie. Libańczyków ugniatano tak długo, że w końcu stworzyli jednolitą masę: w wojnie wszystkich ze wszystkimi nie ma już sojuszników i wrogów, bo wrogami są wszyscy. A rządzić ktoś musi. Do tego prezydent musi być maronitą, premier sunnitą, a szef parlamentu szyitą. Układanka musi spełniać coraz więcej i więcej warunków.

Stąd cały czas mamy do czynienia z „wielkimi koalicjami”. Chociaż można znaleźć dwa bloki: prozachodni (sunnici Haririego-syna, maronici) Sojusz 14-go Marca i antyzachodni (szyici z Hezbollahu  i Amalu, partia Baas, naseryści, komuniści) Sojusz 8-go marca, to i tak najważniejsze posady są dzielone między oba ruchy. Nieważne, kto wygrywa wybory, szefem parlamentu od 27 lat jest Nabih Berri z Amalu.

Efektem tego wszystkiego jest marazm i nieznośne poczucie zawieszenia. Tak długo, jak Libańczycy pamiętają wojnę domową, tak długo Liban będzie w tym zawieszeniu trwać. Ale jaka jest pewność, że kiedyś Libańczycy nie uznają, że dość już tego i nie ważne, w którą stronę, gdzieś trzeba się w końcu ruszyć?

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Państwa, Polityka i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s