Jeśli rozumiesz wojnę w Libanie, to ktoś Ci ją źle wytłumaczył

Bejrut, okolice Placu Męczenników

Będzie o druzach, sunnitach i szyitach. Będzie o maronitach, melkitach, alawitach, prawosławnych, o Ormianach wszelkiej maści i wyznania. Będzie o tym, jak się te religijne podziały mają do tradycyjnych libańskich klanów. Będzie też o Izraelu, Syrii, Iranie, Egipcie Nassera, USA i Francji.

W Libanie nie trzeba szukać wzrokiem świątyń, by wiedzieć, że przechodzi się z dzielnicy, dajmy na to, katolickiej do, powiedzmy sobie, sunnickiej. W takich wypadkach powie nam o tym pomalowana w libańskie barwy budka strażnicza ze stojącym na warcie żołnierzem w środku.

A nawet gdybyśmy tego żołnierza przegapili, to zaraz wszystkiego dowiedzielibyśmy się po plakatach z logami partii politycznych i fotografiami ich przywódców, które porozwieszane są na co drugim rogu. Wszędzie powiewają żółto-zielone flagi Hezbollahu, a z każdego kąta spoglądają na was lekko zarozumiały Hasan Nasrallah, uśmiechnięty po ojcowsku Nabih Berri z Amalu, czy surowy ajatollach Chomeini? Wiadomo, że tu mieszkają szyici. Widzicie gdzieś łysą, wąsatą głowę Samira Dżadży albo mocno zgeometryzowane wyobrażenie libańskiego cedru, logo partii Kataeb? Tutaj żyją maronici.

Siedziba partii Kataeb przypomina raczej bunkier

Wymieniać dalej? Można tak bez końca; po wyborach z 2018 roku w parlamencie zasiadają, nie licząc posłów niezależnych, członkowie ponad dwudziestu partii, w poprzedniej kadencji było ich jeszcze więcej. Do tego dodać trzeba setki tysięcy Palestyńczyków. Jako uchodźcy nie mają co prawda libańskiego obywatelstwa, więc w wyborach głosować nie mogą, ale mogą przecież rozklejać plakaty uśmiechniętego, tulącego dzieci Arafata z Kopułą na Skale w tle.

Położona na południowych obrzeżach Bejrutu Szatila to jeden z największych, a z powodu masakry z 1982 roku na pewno najsłynniejszy z obozów dla palestyńskich uchodźców. Obóz to zresztą złe słowo, bo wywołuje skojarzenia z tymczasowym miasteczkiem namiotowym, kontrolowanym przez wojsko i policję oraz oddzielonym od „normalnego” życia.

Szatila wygląda inaczej. W tym roku obóz „świętować” będzie swoje siedemdziesiąte urodziny, namioty dawno zostały zastąpione normalną, choć samowolną, zabudową, która sięga czasem siedmiu, a może i więcej pięter. Nie ma co się dziwić: Szatilę zaplanowano do przyjęcia 3,5 ludzi, dziś jest ich więcej niż dwadzieścia tysięcy.

Szatila

Te dwadzieścia tysięcy to nie tylko, a może nawet nie w większości Palestyńczycy. Pełno tu uchodźców z Syrii, ale też przybyszów z najdalszych części świata. Etiopczycy, Somalijczycy czy Lankijczycy, którzy w Libanie wykonują prace, jakimi brzydzą się miejscowi: sprzątaczy, pomocy domowych, przy obsłudze stacji benzynowych. Trafiają się tu też biedni Libańczycy, dla których to okazja na wynajęcie pokoju po cenie dużo niższej, niż w lepszych dzielnicach Bejrutu.

Za dnia ludzi jest jeszcze więcej, bo wielu przyjeżdża tu by skorzystać z tanich usług. Co pięć kroków znajdziemy tu dentystę,  co dwa fryzjera, a co krok piekarnię sprzedającą manusz – lekko kwaśnawą libańską „piccę”, przyprószoną sezamem oraz mieszanką tymianku, majeranku i bazylii. „Kawiarnie”, czyli dwa plastikowe krzesełka i maszyna do robienia espresso (lepszego, niż w moim biurze) stoją już nawet częściej, niż o krok.

Syryjskie chłopaki pracujący w jednej z szatilskich piekarni

Jeśli do tego dodamy ciągnące się wzdłuż każdej ulicy stragany z jedzeniem, ubraniami i wszelkim możliwym barachłem, to Szatila wygląda raczej na skrzyżowanie slamsu z targowiskiem na wrocławskim Dworcu Świebodzkim. Klienci mogą tu przychodzić bez przeszkód przez całą dobę.

— Kiedyś władze próbowały zrobić tu checkpointy, sprawdzać dokumenty wchodzącym i wychodzącym. Ale to był większy problem dla nich, niż dla nas. Szatila to nie jedyny obóz, obok jest jeszcze kilka, a wszystkie po drodze z centrum na lotnisku. Jeśli chcą kontrolować nas, musieliby też kontrolować wszystkich, którzy jadą tą drogą. Szkodziliby sami sobie. W końcu to zrozumieli i teraz kontroli nie ma. Do Szatili można wchodzić i wychodzić z niej kiedy się chce — tłumaczy Abu Mudżahed.

Mój rozmówca urodził się jeszcze w Palestynie, ale już miesiąc później jego rodzice musieli uciekać do Libanu przed izraelskimi wojskami. Od dwudziestu lat prowadzi w Szatili ośrodek dla dzieci i młodzieży, a od jakiegoś czasu także znajdujący się w tym samym budynku hostel, zyski z którego przeznaczone są na zajęcia dla mieszkających w obozie.

Dwa palestyńskie symbole w jednym: ten chłopiec to Handala, postać stworzona przez Nadżiego al-Aliego, rysownika mieszkającego kiedyś w Szatili. Jest bohaterem satyrycznych komiksów opisujących życie palestyńskich uchodźców. W ręku trzyma klucz: symbol praw do ziemi i domów pozostawionych w Palestynie. Wielu z uchodźców nadal trzyma klucze do swoich porzuconych domów, traktując je jak relikwie. Nie ma znaczenia, że nowi mieszkańcy już dawno wyrwali zamknięte nimi zamki, a na ich miejsce wstawili swoje.

— Jeśli się zgubisz, pytaj o Abu Mudżaheda. Wszyscy będą wiedzieli, gdzie Cię poprowadzić — ta rada parę razy mi się przydała. Chociaż podstawową drogę pamiętałem (przy sklepie z flagą Brazylii w prawo, dalej do uśmiechniętego zęba ze szczoteczką w ręku – szyldu zakładu dentystycznego i za nim w lewo), to przy każdym zboczeniu z niej mogłem wylądować gdzieś w labiryncie uliczek, bram, klatek schodowych i wąskich zaułków, bez szans na zorientowanie się, gdzie jestem.

Z powodu gęstej i wysokiej zabudowy, na najniższych piętrach Szatili nie ma prawie dostępu do słońca. Prąd dostarczany jest w kilkugodzinnych interwałach, Abu Mudżahed specjalnie dlatego założył solary i każdego gościa żmudnie wprowadza w tajniki przełączania źródła prądu z komunalnego na prywatne i spowrotem. Woda w kranach pochodzi z morza, więc jako francuski piesek nawet do mycia zębów potrzebowałem mineralki.

Tuż za oknem mym

Podczas rozmowy z Abu Mudżahedem do jego biura wchodzi szczupła dziewczyna w leginsach. To mieszkająca w Bejrucie studentka z Nowej Zelandii, która prowadzi dla dzieciaków zajęcia z jogi. Studiuje, jak wielu obcokrajowców w Libanie, na trzymiesięcznej wizie turystycznej. Po co załatwiać wizę studencką, skoro wystarczy raz na trzy miesiące polecieć na Cypr i wrócić. To 45 minut lotu, z czego ledwie połowa w powietrzu.

W trójkę gawędzimy o biurokratycznych uciążliwościach libańskiego życia i niezbyt przyjemnym zapachu w pokoju pełniącym rolę sali gimnastycznej. Po kwadransie dziewczyna zostawia mnie z gospodarzem. Ten dolewa nam obu kawy („dopóki nie podasz kawy, nie możesz powiedzieć, że kogoś ugościłeś”) i dalej rozmawiamy już o wielkiej polityce.

Joga w CYC Shatila

Abu Mudżahed nie lubi Libanu. Trudno się dziwić: jak ktoś, kogo biuro wypełniają zdjęcia Che Guevary oraz proproczyki lewicowych partii z całego świata może lubić kraj, który wygląda jak spełnienie mokrych snów korwinistów: będący zbiorem prywatnych folwarków wodzów klanowych, bez publicznego transportu, z w praktyce prywatnym systemem szkolnictwa.

Ale Abu Mudżahed jest niesprawiedliwy. To właśnie w tym strasznym Libanie Palestyńczycy znaleźli przystań po 1948 roku. Po czarnym wrześniu 1970 roku, kiedy król Jordanii Husajn rozprawił się z fedainami chroniącymy się w jego kraju, to w Libanie skupić się mogła działalność Organizacji Wyzwolenia Palestyny.

OWP nie przejmowała się tym, jak jej działalność wpływa na życie Libańczyków. Tymczasem każde porwanie czy atak bombowy zorganizowany przez ludzi chroniących się w Libanie kończył się odpowiedzią Izraela; odpowiedzią bezlistosną i krwawą. Odpowiedzią, w której mieszkańcy Libanu cierpieli bardziej, niż Palestyńczycy. Kiedy emocjonalny szantaż nie wystarczał i Libańczycy zaczynali zastanawiać się, czy Palestyńczycy na pewno zasługują na taką gościnność, Palestyńczycy korzystali z argumentu siły. Ich obozy zmieniały się w twierdze, gdzie przedstawiciele Bejrutu nie mieli nic do powiedzenia.

Zielone plakaty i murale Amalu. Kiedyś byłyby w Szatili nie do pomyślenia. W latach 1985-88 roku ta szyicka partia była jedną z głównych sił, jakie oblegały Szatilę w czasie tzw. „Wojny o obozy”, która miała na celu zniszczenie OWP jako siły politycznej. Po stronie Arafata stanął Hezbollah i libańscy lewicowcy. Po stronie Amalu chrześcijanie oraz prosyryjscy Palestyńczycy z partii Saika. Dzisiaj przywódca Amalu, Nabih Berri mówi, że „wojna o obozy” była błędem. Abu Mudżahed był podczas oblężenia odpowiedzialny za zarządzenie zapasami.

Wszystko to w końcu musiało się spotkać z reakcją Libańczyków, zwłaszcza miejscowych chrześcijan. Liban powstał jako ich państwo. Powstał, by dać chrześcijanom bezpieczną przystań, gdzie uchronią się przed muzułmańskimi sąsiadami. Nie mogli pozwolić, by ci sąsiedzi ściągnęli na ową przystań zagładę z żydowskich rąk.

Główną antypalestyńską siłą była partia Kataeb, czyli Falanga. Założył ją w 1936 roku Pierre Dżemajel. Ten przedstawiciel jednego z wielkich maronickich rodów pojechał wtedy do Berlina jako libański obserwator na igrzyska olimpijskie. Pod wrażeniem niemieckiego porządku pytał siebie: dlaczego u nas, w Libanie, nie może być tak samo? To paradoksalne, że niecałe czterdzieści lat później założone przez zakochanego w Hitlerze Pierre’a
Falangi będą, pod wodzą jego syna Baszira, największym sojusznikiem Izraela w Libanie.

Portret Baszira Dżemajela w Zahle, bastionie libańskich katolików

Jak zawsze w przypadku wojen domowych, wszystko rozkręcało się powoli: ot, tu ostrzelanie kościoła, tam uliczna bijatyka między falangistami a zwolennikami lewicowego Narodowego Frontu Libanu. Oficjalnie za start wojny przyjmuje się zatrzymanie przez falangistów busa przewożącego Palestyńczyków i rozstrzelanie jego pasażerów. Oficjalnie wojna trwała w latach 1975-1990. To wszystko oficjalnie, ale może tak naprawdę było to kilka wojen, przerywanych krótkimi okresami pokoju i zmianami sojuszy? Może wojna trwa do dziś, bo do dziś część terenów Libanu kontrolowana jest nie przez rząd, a Hezbollah? Jak mówią miejscowi: „jeśli rozumiesz wojnę w Libanie, to ktoś Ci ją źle wytłumaczył”.

Mi najwidoczniej tłumaczono dobrze, bo nadal nie rozumiem z niej nic. Co nie zmienia faktu, że Wam spróbuję wytłumaczyć wszystko. Będzie o druzach, sunnitach i szyitach. Będzie o maronitach, melkitach, alawitach, prawosławnych, o Ormianach wszelkiej maści i wyznania. Będzie o tym, jak się te religijne podziały mają do tradycyjnych libańskich klanów. Będzie też o Izraelu, Syrii, Iranie, Egipcie Nassera, USA i Francji. Ale to nie dziś. Cierpliwości.

DO PRZECZYTANIA

Dla niecierpliwych, kilka propozycji książkowych:

Robert Fisk – „Pity the Nation”: potężna (tysiąc stron) praca o wojnie 1975-90 pisana przez jednego z nielicznych dziennikarzy, którzy pozostali w Bejrucie aż do końca walk. Emocjonalna (zwłaszcza wtedy, gdy pisze o porwaniach swoich przyjaciół w drugiej połowie lat 80-tych), ale chyba sprawiedliwa. Jeden minus: nie licząc Palestyńczyków sunnici, podobnie jak zdominowany przez nich Trypolis, prawie nie istnieją w tej książce.

Marek Brylew – „Liban. Religia – Wojna – Polityka”: chyba najbardziej aktualna polska pozycja na ten temat. Mocno skupiona na Hezbollahu.

Kamal Salibi – „A House of Many Mansions”: dla tych, którzy chcą mieć szerszy obraz. Historia ziem nazywanych Libanem od czasów Fenicjan do (prawie) dziś. Świetnie opisane zwłaszcza stosunki maronitów z druzami.

Dariusz Rosiak – „Ziarno i krew”: reportaże na temat bliskowschodnich chrześcijan. Parę błędów (Pierre Dżumajel nie mógł być kapitanem piłkarskiej reprezentacji Libanu na igrzyskach w Berlinie, bo takiej reprezentacji na tych igrzyskach nie było; błąd spowodowany najpewniej dwuznacznym zdaniem w książce Fiska), ale przede wszystkim bardzo ciekawy obraz duchowego, nie tylko politycznego, życia maronitów.

Youssef Rakha – „Bejrut jest gdzieś tam”: trzymajcie się z daleka! Jedyny plus, że jest krótka.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Państwa, Polityka i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s