Cyprów kilka

Sztandary Bizancjum, rodu z Lusignan, Wenecji i osmańskiej Turcji w kościele św.św. Piotra i Pawła / meczecie Sinana Paszy w Famaguście

Jeśli ktoś pisze o podziale Cypru, zwykle mówi o tureckiej okupacji północnej części wyspy, o uznawanej tylko przez Ankarę republice Cypru Północnego czy o „zielonej linii”, oddzielającej Greków i Turków. Ale Cypr to nie tylko Turcy i Grecy. To dużo, dużo więcej.

Kiedy wieczorem wylądowałem w Pafos, poczułem się jakbym znalazł się w Anglii. Gdyby nie prawosławny kościółek, kilka greckojęzycznych napisów i zespół śpiewający  „Efige efige” Steliosa Kazantzidisa w jednej z knajp, wszystko wyglądałoby jak w Torquay.

Już na lotnisku ze zmartwieniem zauważyłem, że gniazdka elektryczne są tu brytyjskie; na zewnątrz musiałem szybko przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego. Jako cud można potraktować to, że przeżyłem, bo do końca pobytu rozglądałem się w złą stronę przy przechodzeniu przez jezdnię.

W samym mieście restauracyjne potykacze zachwalają full monty breakfast i brytyjskie ejle lane na pinty. We wszystkich knajpach po kilka wielkich ekranów, a na każdym inny mecz: Walia-Samoa w rugby, szkocka liga piłkarska czy Premiership. Co chwilę słychać brytyjskie akcenty: Szkotów, Irlandczyków, Anglików wszelkiej maści. Grecy gdzieś pochowani. Trudno im się dziwić, bo Brytyjczycy bez względu na wiek ubierają się swobodnie, a widok dziadka z wielkim bandziochem, za to bez koszulki, nie należy do przyjemnych.

Trudno powiedzieć, ilu Brytyjczyków mieszka na Cyprze na stałe. Spis powszechny z 2011 znalazł 24 tysiące, ale warunkiem było zamieszkiwanie na wyspie przez 12 miesięcy lub chęć pozostania na niej przez taki czas. Tymczasem wielu brytyjskich emerytów wybiera Cypr na swoją zimową siedzibę, do której przylatują, gdy w domu zaczyna się robić chłodno, podczas gdy tutaj jeszcze w listopadzie można kąpać się w morzu. No i wszyscy mówią tu po angielsku. Żyć, nie umierać.

Pafos

Brytyjska populacja na Cyprze jest mocno posunięta w wieku. Nigdzie jeszcze nie widziałem tylu ludzi z laskami albo balkonikami do chodzenia. Dlatego kiedy pierwszy raz zobaczyłem Claire, dziewczynę pracującą za barem w jednym z angielskich pubów, myślałem, że to Greczynka. Była zdecydowanie zbyt młoda na cypryjską Brytyjkę. Jak wyjaśniła, za dwa tygodnie wraca do Anglii, w Domu Starców Pafos wytrzymała półtora roku. Przyjechała tu, bo jej ojciec służy w brytyjskiej bazie w położonym na wschód od miasta Akrotiri.

Takie bazy są na Cyprze dwie, drugą jest Dhekelia, w połowie drogi między Famagustą a Larnaką. Obie funkcjonują na podstawie umowy między Londynem a Nikozją z 1960 roku. Brytyjczycy zgodzili się na niepodległość wyspy, ale pod warunkiem utrzymania tam dwóch baz. Cypr, położony w newralgicznym punkcie między Europą, Azją i Afryką ma bowiem duże znaczenie militarne.

Życie żołnierzy w Dhekelii i Akrotiri pokazuje, że jednak lepiej być byłym światowym imperium, niż nie. Polscy żołnierze mogą być wysłani co najwyżej do Afganistanu czy Iraku, gdzie pustynia, żar i piach, a miejscowi do tego chcą cię zabić. Tymczasem ich brytyjscy koledzy na Cyprze żyją nawet nie w koszarach, a w osiedlach domków, razem z dziećmi i żonami, których jedynym problemem jest, czy zakupy robić po tureckiej, czy greckiej stronie (raczej tureckiej, bo po upadku liry wszystko jest tam o połowę tańsze).

Mozaika w klasztorze Kykkos

W Pafos rdzennego Cypryjczyka znaleźć więc niełatwo. Żeby to zrobić trzeba ruszyć się poza miasto, ot, na przykład do Panai. Ta wioska położona niedaleko gór Troodos zapisała się w historii głównie jako miejsce narodzin Makariosa III: mnicha, który został pierwszym prezydentem niepodległego Cypru. Lotem ptaka siedem, ale drogą już trzydzieści sześć kilometrów stąd znajduje się klasztor Kykkos, największy cypryjski monastyr, gdzie Makarios został mnichem.

W Panai noc zaczyna się wcześnie. Koło szóstej otwarta jest już tylko jedna tawerna, gdzie moim ledwie istniejącym greckim (w końcu trafiłem na kogoś, kto nie mówi po angielsku!) zamówiłem szklankę wina. Po chwili miejscowa starszyzna zaprasza mnie do swojego stolika. Zajadamy orzechy, ser halloumi, jakieś kiełbaski i sudżuk. Ten ostatni wyglądają jak kiełbasa, ale w rzeczywistości to przysmak z orzechów włoskich, zatopionych w gęstym żelu z winogronowego soku i mąki kukurydzianej. Jeśli byliście kiedyś w Gruzji i jedliście czurczchelę: to to samo.

Panowie polewają sobie ziwanię, czyli mocną (45%) wódkę z winogron. Widząc, że skończyłem swoją szklankę wina, wołają o następną. Ale tu pojawia się problem: jedna butelka się skończyła, druga zakorkowana, a nikt nie ma korkociągu. Ale Grecy to, jak wiadomo, zmyślny naród: po chwilę słychać stłumione dźwięki walenia butelką o ścianę. Trwa to parę minut, a kiedy w końcu korek udaje się wypchnąć, po kwadransie wszyscy i tak się zbierają. Ósma godzina, w Panai noc zaczyna się wcześnie.

W drodze do Kykkos

Z Panai do Kykkos droga jest kręta, a do tego cały czas pod górę. Niewiele tu samochodów, ale zatrzymuje się już pierwszy.

– Kuda jedziosz? – pyta się siedzący na tylnym siedzeniu.

Okazuje się, że choć cała siedząca w aucie trójka to Grecy, to Grecy nietypowi, bo sowieccy. Dwóch przyjechało tutaj z Tbilisi, jeden z Ukrainy, a dokładniej z Mariupola. To do tego miasta nad Morzem Azowskim, ale też do Gruzji i w wiele innych miejsc rosyjskiego imperium uciekali Grecy w czasach rządów osmańskich. Cara wkrótce zastąpił pierwszy sekretarz, ale dopiero kiedy ojczyzna proletariatu pogrążała się w chaosie, wielu potomków tych uciekinierów ruszyło w powrotną drogę: do Grecji czy na Cypr, już dawno wyzwolonych (przynajmniej częściowo, jak ten ostatni) od tureckiej władzy.

Dziś na Cypr ruszają już nie tylko Grecy z byłego Sojuzu, ale też Grecy z Grecji. W przeciwieństwie do przytłoczonej kryzysem Ellady, Cypr radzi sobie świetnie. Mimo ustępstw na rzecz innych państw, nadal pozostaje do pewnego stopnia rajem podatkowym. Do tego powtórzmy, że klimat jest tu świetny, a znajomość angielskiego powszechna, więc drzwiami i oknami pchają się tutaj frilanserzy, biznesmeni i wielkie korporacje. Na co drugim rogu widać reklamy „wielkiej czwórki”: firm, które zajmują się właściwie nie wiadomo czym, ale na pewno niczym pożytecznym.

Nikozja jest więc pełna przyjezdnych, takich jak Alexia, która gościła mnie w tym mieście. Skończyła prawo na uniwersytecie w Salonikach, ale karierę przyjechała robić właśnie do cypryjskiej stolicy. Nie przeszkadza jej nawet to, że wszystkiego musi uczyć się od początku. W Grecji kontynentalnej prawo jest stanowione, podczas gdy Cypr to brytyjska tradycja common law.

Tak się zagadałem o Nikozji i rajach podatkowych, że zapomniałem już o Troodos. Tymczasem to tam można zobaczyć serce greckiego, bizantyjskiego Cypru. W tych rzadko zamieszkanych górach poukrywały się dziesiątki cerkwi z czasów rządów bizantyjskich. W większości są malutkie, zmieszczą może pół setki wiernych. Choć niepozorne z zewnątrz, w środku kryją przepiękne freski.

Rządy bizantyjskie skończyły się na Cyprze podczas III krucjaty, w 1191 roku. Wtedy to z rąk Greków, nawet nie cesarza, a Izaaka Komnena, uniezależnionego od Konstantynopola buntownika, wyspę odbił zmierzający do Palestyny Ryszard Lwie Serce. Widział w niej bowiem świetne zaplecze dla wojsk chrześcijańskich w Ziemi Świętej. Rzeczywiście, przez dekady Cypr służył Frankom jako spichlerz i przystań. I nawet po upadku Akki, ostatniej twierdzy krzyżowców w Palestynie, w 1291 roku, Cypr jeszcze długo utrzymywał się w rękach łacinników. Ród z Lusignan, który władzę na wyspie zdobył już rok po podboju Ryszarda Lwie Serce, rządził tu prawie do końca XV wieku. Potem kontrolę przejęła Wenecja, którą Turcy wyparli dopiero w 1571 roku.

Jeśli patrzeć tylko na statystyki, to po tych bez mała czterech wiekach łacińskich rządów niewiele zostało. Populacja maronitów, katolickich osadników ściąganych z Libanu, kiedyś sięgająca może i dwustu tysięcy ludzi, dziś skurczyła się do dziesięciu tysięcy. Rozproszeni, w większości zasymilowali się z Grekami, przejmując ich język w miejsce arabskiego dialektu, którego używali przez wieki. Choć tradycyjnie maronickie msze odprawiane były w języku aramejskim, to księża, by wierni ich rozumieli, wplatali coraz więcej i więcej greckich słów.

Dziś świadkiem takiej greckiej liturgii z paroma aramejskimi rodzynkami można być w wiosce Kormakitis. To centrum cypryjskich katolików znalazło się po tureckiej inwazji z 1974 roku po północnej stronie. Większość zhellenizowanej już ludności uciekła na południe, gdzie zaczęła nowe życie. W Kormakitis, teraz oficjalnie nazywającej się Koruçam, zostali głównie starcy. Żyje ich tu dziś około setki.

Ale tak jest tylko w tygodniu. W piątkowy wieczór zajeżdża tu bowiem samochód za samochodem. Na co dzień pracujący i mieszkający w Nikozji, Larnace czy Limassol, cypryjscy maronici zjeżdżają na weekend do swej rodzinnej wioski. Otwierają się nieczynne w tygodniu restauracje, zapełniają puste zwykle domy.

Po niedzielnej mszy w Kormakitis większość rozjeżdża się do swoich domów w greckiej części Cypru, na drogę biorąc ciepły chleb, a chętni także wino od tego przemiłego pana.

Tuż obok kościoła stoi parterowy bliźniak. Nad prawą, mieszczącą pocztę częścią wiszą dwie flagi z półksiężycem: Turcji i Cypru Północnego. Po lewej działa kawiarnia, chyba jedyna otwarta też w tygodniu. W środku są już tylko libańskie flagi z dzewem cedrowym, a na ścianach portrety papieży oraz cała plejada libańskich polityków: przedstawiciele klanu Dżemajel, Emil Edde, generał Aoun.

W sobotni wieczór przy kilku stolikach siedzą rodziny i dyskutują o czymś zawzięcie po grecku. Wyróżniają się tylko kobiety opiekujące się dziećmi. Sądząc po rysach, najpewniej pochodzą z Filipin. Następnego dnia widać ich jeszcze więcej, pomagają staruszkom wejść po schodach, zabawiają dzieci. Posiadanie służby domowej to na Cyprze coś naturalnego i właśnie filipińska pomoc domowa to kolejny, rosnący coraz bardziej, element cypryjskiej układanki. Dla przybysza z egalitarnej Polski, element mocno egzotyczny. Chociaż Bartosz Węglarczyk może mieć inne zdanie.

Kormakitis to nie jedyna pozostałość po łacińskich rządach. Widać je lepiej, kiedy spojrzymy na prawosławne świątynie młodsze od tych z gór Troodos. Strzeliste wieże nadają im zachodniego sznytu, który kontrastuje z charakterystycznymi dla prawosławia kopułami. Pełno ich zwłaszcza w wioskach na północnym wybrzeżu Cypru. Większość z nich zarasta teraz trawą, od kiedy po podziale wyspy opuścili je Grecy, uciekając przed Turkami na południe.

Typowa cypryjska kościoło-cerkiew, Kyrenia

Wybrzeże było tradycyjnie greckie, niezbyt lubiący morze Turcy mieszkali głównie w głębi kraju. Dopiero po wypędzeniach z 1974 roku zaczęli zajmować greckie domy. Dzisiaj w wioskach Cypru Północnego rozsypujące się wieże cerkwi sąsiadują zwykle z nowo wybudowanymi meczetami.

Choć z pozoru cerkiew w Dipkarpaz też wygląda na opuszczoną, to i tak miała stosunkowo dużo szczęścia. To miasteczko, po grecku nazywające się Rizokarpaso, leży na wschodnim skraju Cypru. Miejscowi Grecy, odcięci od rodaków przez tureckie wojsko, nie mogli uciec na południe. Dlatego dziś 250 tutejszych Greków to największe takie skupisko w północnej części wyspy.

Cerkiew w Rizokarpaso z minaretem w tle

Jednak Kormakitis i Rizokarpaso nie mogą przesłaniać faktu, że Cypr Północny jest dziś turecki i muzułmański. Jeśli miałbym co do tego wątpliwości, to na pewno pozbawiłby mnie ich poranek w Famaguście. Wezwanie na fadżr, modlitwę o świcie, jest jak granat, który wybucha na szafce nocnej. Zwłaszcza, kiedy okno twojego pokoju skierowanie jest na największy meczet miasta.

Ta sama waluta, ten sam język, te same dania w knajpach. Gdyby nie ruch lewostronny, Turecka Republika Cypru Północnego niczym by się nie różniła od Turcji. No, może obyczaje są tu luźniejsze, niż w Anatolii. Mało która dziewczyna zasłania włosy, alkohol jest wszechobecny i dużo tańszy, niż w Turcji, bo akcyza jest tu niższa.

I jeszcze jedna różnica.

Z jakiegoś powodu są tu tłumy przybyszów z Afryki, Bliskiego Wschodu czy Bangladeszu. Zwłaszcza w Nikozji i Famaguście widać ich na każdym kroku. Według rządu TRCP jedna trzecia jej mieszkańców nie ma północnocypryjskiego obywatelstwa. Ponoć są to w większości studenci, których miejscowe uczelnie kuszą niskim czesnym. Kiedy już skończą studia, część po prostu tu zostaje.

Co prawda północna część wyspy nie żyje tak dostatnio, jak południe, jednak coś zawsze skapnie: Famagustę dzieli od Larnaki 40 kilometrów, a w Nikozji granica przechodzi przez samo centrum. Zawsze znajdzie się praca w sklepie czy restauracji.

Famagusta, jak z kuriera wycięci

Niektórym z przybyszów to nie wystarcza i próbują przekroczyć zieloną linię nielegalnie. Trudno im się zresztą dziwić, skoro rzecznik cypryjskiej policji twierdzi, że głównym zadaniem policji nie jest pilnowanie, by nikt nie przeszedł na południową stronę, ale… pomoc przy zgłaszaniu wniosków o azyl. Na dziś azylantów jest na Cyprze mniej więcej tylu, co miejscowych katolików. Wygląda na to, że cypryjska mozaika stanie się wkrótce jeszcze bardziej skomplikowana.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Miasta, Państwa i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s