Funkcja sakralna

W drodze do Dżalalabadu

Jednak poza zdobywaniem nowych dusz, trzeba też opiekować się tymi, które już są na miejscu. Wytłumaczyć, o co chodzi w tym całym katolicyzmie, z którego pamiętają, przy dobrych wiatrach, kilka pieśni i modlitw przekazanych przez dawno zmarłą babuszkę. Jeździć do wiernych, rozproszonych gdzieś w kazachskich stepach czy kirgiskich górach, by mogli choć co jakiś czas przystąpić do sakramentów.

Przesłanka pierwsza: Kościół Katolicki to struktura hierarchiczna. Wikary w najmniejszej parafii podlega konkretnej osobie, która podlega następnej, aż w końcu tam na górze są ci, którzy podlegają bezpośrednio papieżowi. Jednemu.

Przesłanka druga: Internet jest już technologią dostępną nawet w najdalszych krajach, przynajmniej w co większych miastach.

Wniosek: podróżujący po świecie katolik, o ile tylko znajdzie gdzieś dostęp do internetu, powinien bez problemu dowiedzieć się, gdzie znajduje się najbliższa katolicka świątynia oraz kiedy odprawiane są msze. Stworzenie strony z takimi informacjami jest bowiem dziecinnie proste: wystarczy, by każdy hierarchia poprosił swoich podwładnych o dostarczenie odpowiednich informacji.

Kto by tak pomyślał, byłby w mylnym błędzie. Planowanie udziału w niedzielnej mszy wymaga bowiem podczas wyjazdów, zwłaszcza w przypadku co bardziej ekstrawaganckich kierunków, sporych umiejętności guglowania, przeglądania stron w milionach języków i setkach alfabetów. A na koniec jeszcze ustalania, czy ten „katolicki” w nazwie to naprawdę katolicki, czy to tylko takie gadanie (powodzenia z tym w Armenii!).

Na tym tle strona parafii Matki Teresy w kirgiskim Dżalalabadzie zdecydowanie wyróżnia się na plus. Cztery wersje językowe, godziny mszy, do tego nawet zrobiona w Paintcie mapka.

Zgodnie jednak z radą prezydenta Waszyngtona, żeby nie wierzyć we wszystko, co przeczyta się w internecie, postanowiłem potwierdzić te godziny w terenie. Kiedy znalazłem w końcu budynek kościoła, w środku trwała akurat wieczorna msza. Odprawiał ją, jak się później okazało, ojciec Józef. Po skończonej mszy, widząc mój wielki plecak, od razu zaproponował nocleg w przylegającym do kościoła domu. Nie wiedziałem jeszcze, że będę wracał tu wielokrotnie, za każdym razem, gdy byłem w okolicy.

Ojciec Józef miał słabość do uciekania w teologiczne dygresje i połowę kazania spędził na przedstawiania różnych teorii na temat Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jednak kiedy siedzieliśmy w ogrodzie przeszedł na lżejsze tematy. Niezwykle śmieszyło go, że w Dagestanie jest taki naród, jak Tabasranie.

— Naprawdę, tak się nazywają — mówił, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

Kościół w Biszkeku. Po śmierci biskupa, msze odprawiał o. Janež ze Słowenii, który w Biszkeku na co dzień uczył języka japońskiego na biszkeckim uniwersytecie. Tego zaś nauczył się, kiedy w Japonii uczył… rosyjskiego.

— Ojcowie zorganizowali tu nam kawałek Europy po środku Azji — mówiła Halina, jedna z przedstawicielek tej rosyjsko-ukraińsko-polsko-jakiejś mieszanki, która jest w Azji Środkowej pozostałością po Związku Radzieckim. Choć większość z nich powoli wyjeżdża do Rosji, to coraz mniej liczne niedobitki pozostają tam, gdzie się przeżyły młodość.

Takim niedobitkiem była też Nina, młoda dziewczyna, na co dzień sprzedająca SIM-karty na dżalalabadzkim bazarze. Mieszkała w wiosce pod miastem, do której nie jeździły już żadne marszrutki, kiedy kończył się zorganizowany na parafii podwieczorek. Ojciec Józef postanowił ją zawieść do domu, podpytywał o rodziców, rodzeństwo, babcię… Okazało się, że ta ostatnia czuje się coraz gorzej.

— Babcia jest prawosławna? To dopilnuj, żeby zawołali popa.

Taki religijny miszmasz jest w Azji Środkowej czymś normalnym. Lata ateizacji w Związku Radzieckim osłabiły zarówno islam wyznawany tubylców, jak i prawosławie rosyjskich kolonizatorów. W tę pustą duchową przestrzeń próbują się teraz wbić katolicy, ale też  protestanci najróżniejszych nurtów. W efekcie można spotkać wielu Rosjan, Tatarów czy Kazachów jednego z „zachodnich” wyznań.

Jednak poza zdobywaniem nowych dusz, trzeba też opiekować się tymi, które już są na miejscu. Wytłumaczyć, o co chodzi w tym całym katolicyzmie, z którego pamiętają, przy dobrych wiatrach, kilka pieśni i modlitw przekazanych przez dawno zmarłą babuszkę. Trzeba jeździć do wiernych, rozproszonych gdzieś w kazachskich stepach czy kirgiskich górach, by mogli choć co jakiś czas przystąpić do sakramentów.

Dom modlitewny w Oszu. Co tydzień przyjeżdża tu ksiądz z Dżalalabadu, by odprawić mszę. Jednego razu było na niej czterech wiernych, w tym ja, jedna Polka będąca w Oszu na wolontariacie, kobieta z Dżalalabadu, która chciała się przejechać do Oszu (było nie było, stolica południowego Kirgistanu). No i jeden miejscowy.

Tak robił „apostoł Kazachstanu”, ks. Władysław Bukowiński. Ten proboszcz katedry w Łucku był kilkukrotnie więziony przez Sowietów, wysłany do łagru najpierw na Syberii, a potem w Kazachstanie. I chociaż oferowano mu możliwość powrotu do Polski, pozostał właśnie w tym ostatnim. Zamieszkał w Karagandzie, górniczym mieście pośrodku kazachskiego stepu, miejscu zsyłki wielu Polaków, Litwinów czy Ukraińców. To w ich prywatnych domach odprawiał nabożeństwa, starając się nie zwrócić uwagi władz.

Władze ostatecznie dowiedziały się o tym i za religijną agitację młodzieży zesłały go jeszcze raz na Syberię. Kara najwidoczniej nie przyniosła z sobą resocjalizacji, bo ks. Bukowiński po trzech latach zsyłki wrócił do Karagandy, by kontynuować swoją misję.

Polecam jego „Wspomnienia z Kazachstanu” tym bardziej, że w przeciwieństwie do innych tego typu lektur, brak tu jakichkolwiek skarg na zły przecież los. Ks. Bukowiński próbuje wręcz przekonać, że w Sowietach nie było wcale tak źle. Pochwalił nawet strażnika z łagru, którzy uderzył go, złapawszy w nocy poza jego barakiem. Uznał uderzenie za objaw jego łagodności, bo „przecież mógł zabić”.

Dziś w Karagandzie mszy nie trzeba odprawiać w domach, bo stoi tam ukończona w 2012 roku neogotycka katedra. To właśnie w niej we wrześniu 2016 roku „apostoła Kazachstanu” ogłoszono błogosławionym.

Katedrę w Karagandzie budowano przez dziewięć lat. Dużo dłużej czekali wierni w Taszkencie. Chociaż inicjatorem budowy świątyni był Litwin, ks. Pranaitis, to jego dzieło przejęli Polacy, stąd też do dzisiaj świątynię w stolicy Uzbekistanu nazywa się „polskim kościołem”. Budowa ciągle była w trakcie, kiedy wybuchła rewolucja październikowa. Potem na pół dokończony budynek służył m.in. za hotel robotniczy czy fabrykę kabli. Dopiero w niepodległym Uzbekistanie kośció, a właściwie ruinę, przekazano katolikom. Dzięki zbiórkom wśród wiernych na całym świecie, w 2000 roku, 88 lat od położenia kamienia węgielnego, „polski kościół” oddano do użytku wiernym.

W Smoleńsku niczego nie trzeba by budować, bo już od końca XIX wieku stoi tam piękna neogotycka świątynia. Niestety, choć prowadzą do niej nawet tabliczki informacyjne dla turystów, to budynek jest teraz w ruinie.

Wszystko dlatego, że w 1938 roku Sowieci znacjonalizowali kościół i zamienili go w archiwum. Chociaż archiwum dawno już przeniesiono, to lokalne władze nadal nie chcą oddać budynku katolickiej parafii, funkcjonującej w wybudowanym obok małym domku. Smoleński gubernator co chwila wymyśla nowe preteksty, które uniemożliwiać mają oddanie kościoła, ten tymczasem niszczeje coraz bardziej. Przez dach przebijają się drzewa, a okna zabito blachami.

— Ostatnio powiesili tę zieloną siatkę. Że niby remontują — powiedział o. Ptolemeusz, którego silny akcent od razu zdradzał śląskie pochodzenie. To on od 1992 roku walczy o to, by smoleński kościół spełniał przewidzianą mu przez budowniczych rolę.

Kościół w smoleńsku i lipne zielone siatki

Przez chwilę, w czasie polsko-rosyjskiego „zbliżenia” tuż po katastrofie smoleńskiej, wydawało się, że sprawa ruszy z miejsca. Kiedy Bronisław Komorowski, jeszcze jako p.o. prezydenta, przyjechał do Smoleńska i spotkał się z gubernatorem, doszło do takiej mniej-więcej rozmowy:

— To co, oddacie kościół? — zagaił prezydent in spe.
— Oddamy — odpowiedział gubernator.
— Do człowieka trzeba umieć podejść, widzicie, jak ja. Po naszemu do niego, z sercem, taka jego mać i od razu kontakt złapałem. Ładnie to załatwiłem, co? — zapytał Komorowski, odwracając się do o. Ptolemeusza.

Jak się później okazało, załatwił nie tak znowu ładnie. Gubernator oczywiście chętnie oddałby kościół, ale potrzebne okazały się kolejne dokumenty.

Tym razem niezbędne jest potwierdzenie, że przed nacjonalizacją budynek pełnił… funkcje sakralne.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Codzienność, Kultura, Podróże i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s