Ziemia z duszą

Abchazja

Abchazja

Abchazja to nie tylko gościnni ludzie. To przede wszystkim piękna przyroda i cudowna architektura. Gdyby nie skomplikowana sytuacja polityczna, mogłaby to być przebojem biur podróży. Obecnie jednak jeżdżą tam tylko nieliczni.

Ostatnio mówiłem o Timurze, który sto razy powtarzał, że „Abchazja to ziemia z duszą”. Wtedy nie do końca rozumiałem, o co mu chodzi. Dopiero czytając Góreckiego dowiedziałem się, że takie jest dosłowne tłumaczenie abchaskiej nazwy tej krainy – Apsny. Coś w tym jest. I nie chodzi nawet o opowieści związane ze świętymi miejscami pogańskiej wiary, ciągle w Abchazji silnej1. Po prostu: podróżując między Psou a Inguri można się poczuć jak w opuszczonym raju.

W czasach ZSRR tutejsze wybrzeże Morza Czarnego było obiektem westchnień wszystkich ludzi sowieckich. Tylko niektórzy mogli sobie pozwolić na to, by tu przyjechać. Jeszcze mniej osób mogło mieć tutaj swoją letnią rezydencję. Posiadali takie przywódcy Sojuza – od Stalina do Gorbaczowa. Nie trudno zgadnąć, dlaczego – góry schodzą tutaj prosto do morza, klimat jest świetny, dookoła rosną palmy i cytrusy. Krym się chowa. Stąd też pełno tutaj wielkich pałaców, utrzymanych w kolonialnym, pseudo-orientalnym stylu.

ZSRR upadł jednak i abchaskie plaże znalazły się w państwie o populacji nie 200 milionów, a 200 tysięcy ludzi. Również i prominenci zniknęli z tego niespokojnego terenu. W efekcie wiele pereł architektury stoi teraz pustych. Świetnie widać to w najpopularniejszym mieście wypoczynkowym Abchazji – położonej tuż przy rosyjskiej granicy Gagrze.

Jeśli ktoś odwiedza Abchazję, to są to ci, którzy mogą przyjechać tu we w miarę łatwy sposób, czyli Rosjanie. Jednak zamiast partyjnych bonzów, do Suchumi przyjeżdżają dziś ci, których nie stać na Cypry i Lazurowe Wybrzeża. Tacy, jak dwie poznane w Suchumi sezonowe pracownice z Chabarowska. W tym syberyjskim mieście jest zimą 40 stopni mniej, niż nad czarnomorskim brzegiem, a dziewczyny miały wrócić tam, kiedy zacznie się wiosna. W międzyczasie zajmowały się głównie zbieraniem mandarynek, które rosną tutaj na każdym kroku.

Brak turystów to jedno. Drugie to opuszczenie kraju przez dwieście tysięcy Gruzinów, którzy żyli tutaj przed wojną. To właśnie ich brak powoduje, że w Abchazji żyje teraz o połowę mniej ludzi, niż w latach 80-tych. Megrelowie (to głównie to gruzińskie plemię tu zamieszkiwało) żyli głównie na terenach między Inguri a stolicą. Po tym, jak w wyniku walk w 2008 roku, ostatecznie opuścili te ziemie, są one bardzo rzadko zamieszkałe. To dlatego miałem tak duże problemy ze złapaniem stopa, że zdecydowałem się jechać ciągniętą przez konia bryczką.

Najważniejsze jednak, że opuszczona czy nie, Abchazja jest po prostu piękna. Zarówno ze względu na krajobrazy, jak i na bajkową czasami architekturę. Weźmy moje ukochane dworce kolejowe. W Gruzji widziałem tylko kilka małych stacyjek oraz budynki w Kutaisi i Tbilisi. Oba nieprzeciętnie brzydkie.

A tymczasem w Abchazji…

A stacje kolejowe to tylko część atrakcji. Dzięki palmom i charakterystycznej architekturze Abchazja przypomina mi trochę Karaiby. Gdybyście wrzucili na fejsa te zdjęcia i podpisali, że zrobione zostały w Hawanie, pewnie mało kto zauważyłby Wasze kłamstwo. Wiem, bo sam tak zrobiłem z jednym z nich.

Brak turystów ma swoje dobre strony. Nie ma tu kiczu wszechobecnego na przykład w Batumi, gdzie za tureckie pieniądze spełniane są sny najbardziej pijanych architektów.

I na koniec o jeszcze jednym skutku braku zagranicznych gości. Każdy obcokrajowiec, który nie jest Rosjaninem, traktowany jest jak król. O tym, jak przyjął mnie Timur, już pisałem. Ale nie był jedyny. Dwie historie:

Będąc w Nowym Afonie mocno przycisnęła mnie potrzeba. Wszedłem więc do kawiarni, by skorzystać z toalety. Jako człowiek skrępowany konwenansami, nie zaatakowałem od razu sedesu, a zamówiłem herbatę. Gdy mogłem już zasiąść za stołem, pani za barem podała mi nie tylko czaj, ale i trochę cukierków. Zaraz potem przyniosła potężny kielich wina. Kiedy chciałem zapłacić, powiedziała: „nie, nie, proszę tylko częściej przyjeżdżać!”.

Kiedy miałem z Gagry wracać do Suchumi, było już ciemno. Dlatego zrezygnowałem z autostopu i zatrzymałem marszrutkę2. Kierowca początkowo myślał, że jestem Turkiem3, jednak kiedy okazało się, że mówię po rosyjsku, zaczęliśmy rozmawiać. Jechał tylko do Gudauty, która jest w połowie drogi, jaką chciałem pokonać. W pewnym momencie stwierdził, że czort znajet, czy jakikolwiek bus będzie stamtąd jechał do Suchumi o takiej porze. Zdecydował, że lepiej będzie poprosić milicjanta, by zatrzymał mi jakiegoś kierowcę. Nie była to dla mnie nowość, tak też dostałem się do Gagry. Jest to o tyle łatwe, że w kraju, w którym mieszka 200 tysięcy ludzi i jest tylko jedna poważna droga, każdy funkcjonariusz drogówki doskonale orientuje się, kto jedzie w jakim kierunku. Co oczywiste, kierowca marszrutki nie chciał za kurs żadnych pieniędzy.

Do tego każdy mieszkaniec Abchazji uważa siebie za jednego z nielicznych uczciwych w morzu złodziei i bandytów. Dlatego też będzie dbał o to, by ci źli ludzie nic nie zrobili bezbronnemu turyście. Nie zliczę, ile razy musiałem odpowiadać, czy ktoś mnie nie okradł. Raz o mało przez tę opiekuńczość nie wpadłem w kłopoty. Nocowałem u couchsurfera, który wyraźnie zaznaczył, by nic o tym nie mówić jakimkolwiek służbom – czy to granicznym, czy milicji. Jednak kiedy spacerowałem sobie po nocy suchumskimi ulicami, zainteresował się mną milicjant. Zapytał, czy mam gdzie spać. Odpowiedziałem, że właśnie idę szukać jakiegoś hotelu. Ten stwierdził, że tak być nie może, że on coś mi znajdzie. Nie wiem w jaki sposób udało mi się go przekonać, że jego pomoc nie jest potrzebna, nie wydając jednocześnie prawdziwego miejsca mojego pobytu. Zresztą, pewnie gdybym powiedział, że nie mam na hotel, to ten zapłaciłby za niego z własnej kieszeni. Albo zaprosił do siebie.

Milicja zainteresowała się mną zresztą jeszcze jeden raz. Następnego dnia, kiedy wracałem już do Gruzji. O tym jednak kiedy indziej (i pomyśleć, że miałem o Abchazji napisać tylko jeden tekst!).

1Cytując Góreckiego – 80% Abchazów to prawosławni, 20% to muzułmanie, ale 100% to poganie. Rzeczywiście, chrystianizacja wygląda tu na bardzo powierzchowną. Niewiele jest świątyń – przeglądając zdjęcia zauważyłem, że poza Nowym Afonem sfotografowałem tylko ciała obce – kościół katolicki i protestancki zbór. Żadnej cerkwi, o meczenie nawet nie wspominając.Wróć.
2Wyjaśnienie dla tych, którzy nigdy nie byli na wschodzie. Marszrutka to rodzaj busika, który kursuje po z grubsza wyznaczonej trasie. Z grubsza, bo w uzasadnionych przypadkach kierowca może zrobić kilka dodatkowych kilometrów. Marszrutki nie mają też zazwyczaj ustalonych rozkładów jazdy i ruszają wtedy, kiedy kierowca uzna, że kurs mu się opłaca. Nie ma też biletów, a płaci się bezpośrednio szoferowi.Wróć.
3Miesiąc bez maszynki do golenia robi swoje, a i karnacja nie jest problemem – spotkana w Zagrzebiu Irlandka stwierdziła, że jestem wyjątkowo opalony jak na Polaka.Wróć.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Galerie, Państwa, Podróże i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Ziemia z duszą

  1. ElDesmadre pisze:

    Całkiem ciekawy jest film o wojnie gruzińsko-abchaskiej pt. „Mandarynki”. Żeby miał bardziej uniwersalny wydźwięk, w rolach protagonistów występują uprawiający mandarynki Estończycy (i jeden Gruzin), w rolach antagonistów zaś czeczeńscy siepacze. A tak biorąc pod uwagę przebieg konfliktu, nie dziwię się słowom wystosowanym do Ciebie przy wjeździe przez gruzińskiego celnika.

    • kawairakija pisze:

      Aż obejrzałem „Mandarynki”. Bardzo dobry film, taka przeciwwaga, może trochę naiwna (chociaż czemu brak cynizmu miałby być naiwnością?), dla pozbawionej złudzeń „Ziemi niczyjej”.
      Ciekawe, że nie pojawił się tam żaden Abchaz. Z jednej strony – trudno chyba teraz skłonić jakiegoś abchaskiego aktora do zagrania w gruzińskim filmie, z drugiej – trochę to się wpisuję w gruzińską politykę pt. „Abchazowie to Gruzini, którym coś się ubzdurało, a tak w ogóle, to ich nie ma”.

      A co do tego gruzińskiego policjanta (nie celnika, przecież Gruzini nie uznają granicy na Inguri), to o co dokładnie Ci chodzi? Gruzińska strona też robiła wiele złego. Co więcej – chciała w ogóle wynarodowić Abchazów, bo niby jak wytłumaczyć zniszczenie muzeum, w którym zebrane były materiały niezbędne do zbadania historii Abchazji?

      Aha, żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie uważam, że tylko Abchazowie mieli rację. Teraz wcielam się trochę w rolę adwokata diabła, bo w Polsce przedstawia się prawie wyłącznie gruzińską wersję historii tej wojny.

      PS. Przez te „Mandarynki” teraz mnie na estoński wzięło i słucham Metro Luminal. Jak nie znasz, to polecam.

      • ElDesmadre pisze:

        Oczywiście Abchazowie mieli też swoje racje, ale same liczby robią wrażenie – po jednej stronie 200-tysięczny naród a po drugiej 30 tysięcy ofiar cywilnych, częściowo bestialsko wymordowanych. No i ponad 200 tysięcy wypędzonych. Jaki procent Abchazów (zginęło ich ponad 10 razy mniej) musiał być więc zaangażowany w zbrodnie?

        Co do estońskiego/fińskiego (obydwa brzmią bardzo podobnie) to nie podoba mi się ich brzmienie. W fińskim Nicole jeszcze ujdzie, ale to też inny rodzaj wokaliz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s